Strony

czwartek, 7 kwietnia 2011

1. It's always the same, it's so insane.

Dopalałam papierosa stojąc w tylnym wyjściu budynku, w którym miał odbyć się koncert. Wewnątrz mnie mieszało się podekscytowanie tym, że po raz kolejny będę miała możliwość usłyszeć Marsów na żywo i przerażenie, spowodowane tłumem obcych ludzi. Odkąd pamiętam mam lęk przed większymi skupiskami ludności.
Zaciągnęłam się dymem i wyrzuciłam to co zostało z papierosa przed siebie. Lekko otumaniona nikotyną wyczekiwałam 20:00. Ciepły wiatr bawił się moimi włosami otulając nimi moją twarz. Skrzyżowałam ręce na piersi opierając się o futrynę drzwi. Gdzieś na końcu uliczki rozległ się warkot silnika. Postać ubrana w jasny kombinezon wjechała na ścigaczu za budynek i zatrzymała się niedaleko mnie. Nieznajomy zdjął kask i zsiadł z maszyny ruszając w moim kierunku. Próbowałam dostrzec jego twarz, bez skutku. Było zbyt ciemno a światło latarni tu nie docierało. Mężczyzna wszedł po schodkach przyglądając się mi z ciekawością. Zrobiłam krok w lewo, aby mógł przejść. Zatrzymał się na moment uśmiechając się do mnie, po czym ruszył przed siebie. Dopiero wtedy udało mi się dostrzec brąz jego tęczówek. Odwróciłam się zerkając na zegarek, za dziesięć minut zaczyna się koncert. Zaczęłam biec a dźwięk podeszew glanów uderzających o podłogę rozniósł się echem po korytarzu.
(...)
Jared wbiegł na scenę, Shannon zajął swoje miejsce obracając w dłoniach pałeczki do perkusji, Tomo pochwycił gitarę i zaczęli koncert od Vox populi. Zamknęła oczy zatracając się w rytmie wybijanym na perkusji, do której później dołączyła gitara i wokal młodszego Leto. Zaczęłam śpiewać, podskakując z tłumem w rytm piosenki. Czułam się tak jak nigdy, każda cząstka mnie była teraz dźwiękiem składającym się w jedną melodię, moją melodię.
(...)
Byłam wycieńczona i szczęśliwa. Ból powoli tracił na sile, uczucie nóg wchodzących w tyłek ustępowało. Marzyłam teraz tylko o zimnym prysznicu i śnie.
Szłam chodnikiem ze słuchawkami w uszach i dłońmi włożonymi w kieszenie spodni, nucąc pod nosem Oblivion. Nie zwracałam uwagi na Fangirls uśmiechające się do mnie szyderczo.
- Echelonie. - zawołał ktoś z tyłu.
Oczywiście odwróciłam się (czego nie uczyniły pseudo fanki z wiadomych powodów) i próbowałam wśród tłumu doszukać się znajomej twarzy. Mój wzrok zatrzymał się na szeroko uśmiechniętym Travisie.
- Witaj koleżanko. - klepnął mnie  w ramię.
- Czołem kolego. - uśmiechnęłam się. - Nocny spacer ?
- Nie do końca. Chciałem się przekonać na własnej skórze, czy Marsi na prawdę grają dobrą muzykę, czy twoje słowa są naciągne.
- I co stwierdziłeś ?
- Ich muzyka nie dosięga do pięt twórczości Chopina lub Beethovena, ale jest całkiem przyjemna dla ucha.
Zaśmiałam się tylko, wiedząc, że moje chęci wejścia w polemikę spalą na panewce. Zatrzymaliśmy się pod moim domem. 
- To co Travis, do jutra.
- Pamiętaj nie spóźnij się.
Wywróciłam oczami zamykając za sobą drzwi. Po całym weekendzie obijania się czeka mnie pięć dni istnego zapieprzania w hotelu ciotki. Żyć nie umierać.



EDIT : Specjalna dedykacja dla Alexandry, która akceptuje mojego fioła na punkcie Marsów, chociaż nie specjalnie lubi ich muzykę. Chopin rlz !

1 komentarz:

  1. Na początku chciałabym podziękować za dedykację. Jest mi miło i w ogóle.
    Szukam w głowie słów, które wyraziły by mój zachwyt, jaki wybuchł we mnie, kiedy czytałam owy pierwszy rozdział. Problem w tym, że jakoś nie mam dziś weny i raczej nic mądrego nie wymyślę, więc ten zacny komentarz będzie jedynie kroplą w oceanie e no... komentarzy, jakimi obrzuciłabym ten jakże piękny, kosmiczny (w końcu akcja rozgrywa się na marsie, nie?) wytwór wyobraźni autorki K., która ostatnio irytuje mnie tak ostro, jak ja ją.
    Kończąc, chcę rzec, iż jeżeli do niedzieli nie pojawi się drugi rozdział to... poczuję się dotknięta. I to mocno.
    I am not touching you!, i am not touching you!,
    fuck yeah!
    Dziękuję za uwagę.

    OdpowiedzUsuń