Strony

poniedziałek, 23 maja 2011

6. Do you really want (...) me (...) dead ?

Dużo tego. I jakieś takie dziwne. 
Dla A.

~

Jared stanął obok mnie obrzucając brata niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
- Zapomniałaś spodni.
Wzięłam je od niego i obciągnęłam bluzkę. Alkohol musiał nieźle przyćmić mi myślenie. Zerknęłam kątem oka na Shannona. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Był wkurzony, ba on był wkurwiony jak diabli. Świdrował mnie tymi swoimi brązowymi oczami oczekując wytłumaczenia. „No to się zdziwisz Leto, bo takowego nie otrzymasz” pomyślałam. Po pierwsze, co mu do tego, co robiłam, a raczej, czego nie zrobiłam z jego bratem. Po drugie, nic mnie z nim do cholery nie łączy, nic, jedno kurwa wielkie NIC.
- Przestań! – krzyknęłam w jego stronę.
- O co ci do cholery chodzi? – ściszyłam ton.
- I ty się jeszcze kurwa pytasz? – zaśmiał się.
- Pytam, bo dziwi mnie, że zamiast powiedzieć wprost „Cześć, chcę cię bliżej poznać, od tak, bo mam mało czasu, a zazwyczaj nie pieprzę kogoś, kogo nie znam” to ty odpierdalasz jakieś szczeniackie podchody. – wykrzyczałam.
- Nie znasz mnie Mary.
- A to ci kurwa nowina. – zaśmiałam się ironicznie.
- I do twojej wiadomości, do niczego nie doszło. – rzuciłam w stronę Shannona.
Weszłam do pokoju czując na sobie jego wzrok.
- Nie doszło, prawda? – zapytałam Jareda, gdy zamknął drzwi.
Uśmiechnął się tajemniczo. Uniosłam brew zaciskając dłonie w pięści, z którymi miałam ochotę się na niego rzucić.
- Odpowiedz.
- Masz takie delikatne dłonie. – wyszeptał nachylając się ku mnie.
- Co ty pieprzysz?
- Mówię, że masz delikatne dłonie, Maryannabel.
Wybuchłam śmiechem.
- Ja pytam poważnie.  – powiedziałam powoli się uspakajając.
- A ja poważnie odpowiadam. Wyglądasz bardzo ładnie, kiedy śpisz.
- Leto do cholery, odpowiedz na moje pytanie, albo ci wydrapię te twoje cudne oczęta.
Uśmiechnął się szerzej i odgarnął włosy z mojego policzka.
- Ty najnormalniej w świecie robisz sobie ze mnie jaj.
- Oj tam zaraz jaja. Ty nic nie pamiętasz, a ja z chęcią odświeżę ci pamięć.
- Lubisz tak grać, co?
- Może tak, może nie.
- Kłamca.
- Nie, ja bym raczej określił się jako osobę poszukującą rozrywki.
- Ty naprawdę jesteś popierdolony Leto.
- I za to mnie lubisz gwiazdko.
Gwiazdko. Tylko jedna osoba mogła się tak do mnie zwracać, osoba, której dawno przy mnie nie ma. „Pamiętam gwiazdko, życie pieprzy nas wszystkich. Przeżyj je tak, żebyś nie żałowała niczego.” Słowa Quinna, tak odległe, w tym momencie zdawały się być wypowiedziane przed chwilą. Westchnęłam odganiając od siebie myśli wyciskające łzy.
- Nie bądź taki pewny siebie. Mam dystans do nowo poznanych osób.
- Do rodziny też, Echelonie?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
(…)
Uderzałam palcami w blat kontuaru, wybijając rytm piosenki płynącej ze słuchawek, które miałam w uszach. Żadnych telefonów od gości, żadnych nowych. Dzień mijał sobie powoli, a dla mnie każda godzina była tylko kolejną jednostką czasu, który mało znaczył. Nie miałam ochoty na nic, mogłam siedzieć, milcząc i wcale mi to nie przeszkadzało. Mi nie, ale znalazł się ktoś, komu się to nie spodobało.
- Półżywa Mary za moment polegnie na polu ciszy. – zaśmiał się Jay.
Wyjęłam słuchawki i schowałam je razem z odtwarzaczem do szuflady.
- Czego słuchałaś? – zapytał.
- Raczej kogo. – poprawiłam go.
Pokazał mi język. Dzieciak …
- Słuchałam twojego wycia. Przerwałeś mi medytację nad „End of the beginning”.
- Och, przepraszam bardzo.
- Wspaniałomyślnie ci wybaczam.
- Dzięki, o wielka.
Pokręciłam głową uśmiechając się pod nosem.
- O, tak lepiej Mary. Ładniej ci z uśmiechem.
- Skończ.
- Nie.
Wywróciłam oczami wyłączając monitor komputera.
- Tak sobie pomyślałem, że może jesteś głodna.
- No to źle myślałeś. I wyprzedzając twoje kolejne pytanie, moja odpowiedź brzmi nie.
- ale ty nie musisz się zgadzać. I tak się stąd zabieram.
- Protestuje.
- Możesz sobie protestować ile wlezie.
- Carol urwie mi głowę.
- Twoja ciotka? Ze swoich tajnych źródeł wiem, że do końca dnia będzie poza granicami miasta.
- To i tak nie zmienia faktu, że nigdzie się nie wybieram.
- Nie masz wyjścia. – zaśmiał się Tomo stając obok Jareda.
(…)
- Nie chce ci się lać? – zapytał zdziwiony Tomo.
Spojrzeliśmy po sobie z Jardem i zaczęliśmy się śmiać.
- Mam kaca. Pieprzyć pojemność pęcherza.
- Mary się wczoraj nieźle nawaliła.
- Z tobą?
Jared pokręcił przecząco głową…
- Z Shannonem? – tym razem pytanie było skierowane do mnie.
Młodszy Leto wstał od stołu mamrocząc pod nosem, że idzie zapłacić.
- Tomo?
- Hm?
- Co się stało im obu? – zapytałam ściszonym głosem.
- Pokłócili się. No wiesz, stres, wysiłek. Tak dokładnie nie wiem o co poszło. – odpowiedział grzebiąc widelcem w sałatce.
- Za kilka dni powinno być już normalnie. Oni nie mogą bez siebie żyć. – dodał po chwili.
Uśmiechnęłam się do Jareda, który zajmował swoje miejsce.
- Wziąłeś rachunek?
- Po co?
- Żebym wiedziała ile ci oddać.
- Nie musisz.
- A żebyś wiedział, że muszę, nikt mnie nie będzie sponsorował.
- Oddasz jak będziesz pełnoletnia. – zaśmiał się.
- Ja już jestem pełnoletnia, Leto.
(…)
Wracaliśmy przez park, Tomo szedł kilka kroków za nami, rozmawiał z Vicky przez telefon. Zaczęłam nucić pod nosem.
- Co tam śpiewasz?
- Nic.
- Gadaj!
- Nie!
Jared złapał mnie w pasie i przewiesił sobie przez ramię.
- Puść mnie kretynie! – krzyknęłam uderzając pięściami w jego plecy.
- Nie drżyj się i tak cię nie puszczę.
Spojrzałam na Tomo. Pomachał mi. Odmachałam.
-Poddaje się. – powiedziałam zrezygnowana.
- I tak cię nie puszczę…
- A idź w cholerę, Leto.
- Z tobą wszędzie, gwiazdko. Wygodnie ci?
- Jeszcze jak. – wymamrotałam.
- Pochlebiasz mi.
Roześmiałam się, po chwili Jay zaczął mi wtórować.

sobota, 14 maja 2011

5. No matter how many nights did you lay wide awake to the sound of the poison rain.

Nigdy tak się nie śmiałam podczas pisania rozdziału. Każdy pomysł zrodzony w mojej chorej głowie od dnia kiedy wstawiłam 4 rozdział do teraz został zawarty w tym rozdziale. 
No i w tym miejscu zacznę obiecywaną dedykację. Miało być wyniośle i wspaniale, ale jakoś wyczerpałam wenę pisząc to co zaraz będzie poniżej, więc zaznaczę tylko, że ten rozdział dedykowany jest P. bo zbyt długo mi o tym gadał i mam nadzieję, że go to usatysfakcjonuje.

~~

Cisza. To chyba jedno ze słów, którego definicja jest obca Shannonowi Leto. Mówił o wielu rzeczach. Począwszy od fotografii skończywszy na muzyce. Wszystko wpadało jednym uchem a wypadało drugim. Miałam zamiar trzymać się tego, co postanowiłam, mianowicie nie zamierzam się z nim spoufalać. Moja decyzja na pewno przyniesie obopólną korzyść.
- Na pewno. – wymamrotałam pod nosem.
- Mówiłaś coś? – spojrzał na mnie zza szkieł okularów przeciwsłonecznych.
Pokręciłam przecząco głową próbując się uśmiechnąć. Och, jaka szkoda, że nie wyszło.
- Dobra. O mnie koniec. Twoja kolej. – powiedział z wyraźnym entuzjazmem.
Westchnęłam odgarniając włosy z policzka. Do niego naprawdę nie dochodziło to, że nic mu nie powiem.
- A mogłabym opowiedzieć tobie o tym później?
„Później czytaj nigdy, Leto” dodałam w myślach.
- A długo będę czekał?
- Jeżeli będziesz odpowiadał pytaniem na pytanie, to sądzę, że dość długo. – rzuciłam oschle.
- Spokojnie mała, poczekam. – uśmiechnął się szeroko.
- Mogę zadać ci tylko jedno pytanie? – zapytał po chwili.
- Jeżeli dasz mi spokój to tak.
- Mary, ile ty tak naprawdę masz lat? – przystanął na chwilę przyglądając się mi badawczo.
- Za dwa miesiące kończę dwadzieścia … - powiedziałam wbijając wzrok w chodnik.
- Stara jesteś.
- I kto to mówi. Równie dobrze mógłbyś być moim ojcem. – roześmiałam się zerkając na perkusistę.
- No to powiem ci mała, że każdy ma tyle lat na ile się czuje. A ja wcale taki zdziadziały nie jestem.
Uniosłam brew próbując powstrzymać się od śmiechu.
- Niech będzie, panie wcalenietakistary Leto.
(…)
Shannon odprowadzony do hotelu pożegnał mnie tym swoim bezczelnie szerokim uśmiechem. Boże, kiedyś dałabym się pokroić, żeby tylko zobaczyć go z tak bliska i móc z nim porozmawiać. Ale to było kiedyś. Wtedy jeszcze snułam plany na przyszłość, marzyłam, wiodłam normalne życie. Kiedyś … Westchnęłam naciskając dzwonek przy drzwiach Joselyn. Potrzebowałam rozmowy, rozmowy z kimś bliskim, z kimś, kim była dla mnie właśnie ona. Otworzyła drzwi od razu wciągając mnie do środka. Uśmiechnęłam się pod nosem dając się jej uściskać.
- Jak się czujesz? – zapytałam siadając obok niej na sofie.
- Tak jak powinna czuć się osoba ze złamaną nogą. – zaśmiała się.
Splotłam dłonie przez dłuższy czas wpatrując się w ścianę.
- Mów. – jej głos przerwał ciszę.
- Wszystko. – dodała widząc moja minę.
- Marsi, Shannon, Jared, Tomo, matka, ojciec, Quentin, ciotka. Problemy, kurwa problemy. Z dnia na dzień jest ich coraz więcej. – ukryłam twarz w dłoniach.
- Coś mi się chyba słonko przesłyszało. Czy jednym z twoich problemów są Marsjanie, ci Marsjanie?! Tobie naprawdę coś się w główce popierdoliło.
Zerknęłam na Jose i obie wybuchłyśmy gromkim śmiechem.
- Jeszcze pamiętam jak lałaś po nogach przy każdej możliwej okazji. Ty miałaś na ich punkcie obsesje, a najbardziej świrowałaś na punkcie Shannona. A teraz co? Zapewne po prostu go olewasz, tak? Kretynko, przepuścić taką okazję. Trzymaj mnie, bo ci normalnie pierdolne i się ockniesz.
- To nie takie proste, Josie. Najdziwniejsze jest to, że ni stąd ni zowąd on chce mnie poznać. Zobaczył mnie pierwszy raz dwa dni temu, na koncercie. Później wszyscy trzej zakwaterowali się w hotelu ciotki i się zaczęło. To mnie powoli zaczyna przerażać. Po co mu ta znajomość, skąd u niego taka nagła chęć poznania mojej osoby?
- A może mu się spodobałaś?
- A może chce mnie przelecieć?
- To niewykluczone Mary. No, ale co ci szkodzi. Zaszalej. Po tym wszystkim coś ci się należy.
Oparłam głowę na jej ramieniu. Joselyn w pewnym sensie miała rację. Przecież więcej niż tydzień tu nie zabawią. Westchnęłam przygryzając wargę.
- Josie, masz może jeszcze te wino od ojca?
- Mam nawet trzy butelki. Leć po kieliszki.
Wstałam z sofy kierując się w stronę kuchni.
(…)
- Ty jesteś najebana w trzy dupy. – krzyknął Travis.
- Ciiii. Nie krzycz. – przyłożyłam palec wskazujący do ust.
- I od kiedy ty klniesz Travis, co? – zapytałam próbując stanąć prosto.
- Jak cię szefowa zobaczy to będzie piekło. – wymamrotał pod nosem.
- Aj tam, piekło, zaraz piekło. Nie zauważy, będę grzeczna. – uśmiechnęłam się szeroko.
- Jakiś problem? – zapytał ktoś za moimi plecami.
Odwróciłam się próbując zachować równowagę.
- O pan supergwiazdakurwa Leto. Żadnego problemu nie ma, bo życie jest kurwa piękne. Czaisz, piękne.
Jared roześmiał się przytrzymując mnie za ramię.
- Łapy przy sobie, albo zacznę krzyczeć. – syknęłam.
- Nie krzykniesz.
- No to kurwa patrz.
Nie zdążyłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Dłoń młodszego Leto zasłoniła mi usta.
- Ja się nią zajmę, a ty ją kryj. – oznajmił Travisowi.
Pokręciłam głową na znak protestu. Jared tylko się uśmiechnął. Spojrzałam na Travisa tak, jakby mój wzrok mógłby zabijać. Wzruszył ramionami i zajął swoje miejsce w recepcji. Westchnęłam zrezygnowana. Wsiedliśmy do windy, Leto cofnął dłoń.
- Jakie będziesz miał z tego korzyści? – zapytałam wchodząc do jego apartamentu.
- Czy ja nie mogę, chociaż raz zrobić czegoś z dobrego serca? – wskazał mi wolne łóżko.
- Nie. – krzyknęłam krzyżując ręce na piersi
- Stul wargi laleczko i się połóż. Nie tknę cię.
- Jeszcze spróbuj wcisnąć mi kit, że wolisz chłopców. – usiadłam na brzegu łóżka.
- Idę po wodę dla ciebie. Prześpij się.
Drzwi się zamknęły. Rozejrzałam się po apartamencie. Na fotelach leżały porozwalane ubrania, gitara leżała na podłodze, zgniecione kartki walały się po katach. Ułożyłam głowę na poduszce i przykryłam się kocem. Sen przyszedł szybko zajmując miejsce zmęczenia.
(…)
Otworzyłam oczy i doznałam szoku. Nie dość, że obok mnie spał Jared Leto, który trzeba było przyznać wyglądał pociągająco, to jeszcze był półnagi. Syknęłam z bólu schodząc powoli z łóżka. Ból głowy natychmiastowo przypomniał mi degustację trunków u Joselyn. Podniosłam z podłogi bluzkę i buty, po czym zaczęłam iść w stronę drzwi próbując robić to jak najciszej. W połowie drogi wywaliłam się zahaczając nogą o gitarę Jaya.
- Kurwa.- powiedziałam przez zęby.
Otworzyłam drzwi zakładając koszulkę.
- Mary?
Podniosłam głowę.
„No kurwa, no. Jeszcze jego tu brakowało.” pomyślałam.
Na korytarzu stał nie kto inny tylko zdziwiony, szanowny pan Shannon Leto.
-Mary? – tuż za mną odezwał się zaspany głos Jareda.
Wypuściłam głośno powietrze przykładając dłoń do czoła. Tylko kurwa nie panikuj, nie panikuj.