Strony

poniedziałek, 23 maja 2011

6. Do you really want (...) me (...) dead ?

Dużo tego. I jakieś takie dziwne. 
Dla A.

~

Jared stanął obok mnie obrzucając brata niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
- Zapomniałaś spodni.
Wzięłam je od niego i obciągnęłam bluzkę. Alkohol musiał nieźle przyćmić mi myślenie. Zerknęłam kątem oka na Shannona. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie. Był wkurzony, ba on był wkurwiony jak diabli. Świdrował mnie tymi swoimi brązowymi oczami oczekując wytłumaczenia. „No to się zdziwisz Leto, bo takowego nie otrzymasz” pomyślałam. Po pierwsze, co mu do tego, co robiłam, a raczej, czego nie zrobiłam z jego bratem. Po drugie, nic mnie z nim do cholery nie łączy, nic, jedno kurwa wielkie NIC.
- Przestań! – krzyknęłam w jego stronę.
- O co ci do cholery chodzi? – ściszyłam ton.
- I ty się jeszcze kurwa pytasz? – zaśmiał się.
- Pytam, bo dziwi mnie, że zamiast powiedzieć wprost „Cześć, chcę cię bliżej poznać, od tak, bo mam mało czasu, a zazwyczaj nie pieprzę kogoś, kogo nie znam” to ty odpierdalasz jakieś szczeniackie podchody. – wykrzyczałam.
- Nie znasz mnie Mary.
- A to ci kurwa nowina. – zaśmiałam się ironicznie.
- I do twojej wiadomości, do niczego nie doszło. – rzuciłam w stronę Shannona.
Weszłam do pokoju czując na sobie jego wzrok.
- Nie doszło, prawda? – zapytałam Jareda, gdy zamknął drzwi.
Uśmiechnął się tajemniczo. Uniosłam brew zaciskając dłonie w pięści, z którymi miałam ochotę się na niego rzucić.
- Odpowiedz.
- Masz takie delikatne dłonie. – wyszeptał nachylając się ku mnie.
- Co ty pieprzysz?
- Mówię, że masz delikatne dłonie, Maryannabel.
Wybuchłam śmiechem.
- Ja pytam poważnie.  – powiedziałam powoli się uspakajając.
- A ja poważnie odpowiadam. Wyglądasz bardzo ładnie, kiedy śpisz.
- Leto do cholery, odpowiedz na moje pytanie, albo ci wydrapię te twoje cudne oczęta.
Uśmiechnął się szerzej i odgarnął włosy z mojego policzka.
- Ty najnormalniej w świecie robisz sobie ze mnie jaj.
- Oj tam zaraz jaja. Ty nic nie pamiętasz, a ja z chęcią odświeżę ci pamięć.
- Lubisz tak grać, co?
- Może tak, może nie.
- Kłamca.
- Nie, ja bym raczej określił się jako osobę poszukującą rozrywki.
- Ty naprawdę jesteś popierdolony Leto.
- I za to mnie lubisz gwiazdko.
Gwiazdko. Tylko jedna osoba mogła się tak do mnie zwracać, osoba, której dawno przy mnie nie ma. „Pamiętam gwiazdko, życie pieprzy nas wszystkich. Przeżyj je tak, żebyś nie żałowała niczego.” Słowa Quinna, tak odległe, w tym momencie zdawały się być wypowiedziane przed chwilą. Westchnęłam odganiając od siebie myśli wyciskające łzy.
- Nie bądź taki pewny siebie. Mam dystans do nowo poznanych osób.
- Do rodziny też, Echelonie?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
(…)
Uderzałam palcami w blat kontuaru, wybijając rytm piosenki płynącej ze słuchawek, które miałam w uszach. Żadnych telefonów od gości, żadnych nowych. Dzień mijał sobie powoli, a dla mnie każda godzina była tylko kolejną jednostką czasu, który mało znaczył. Nie miałam ochoty na nic, mogłam siedzieć, milcząc i wcale mi to nie przeszkadzało. Mi nie, ale znalazł się ktoś, komu się to nie spodobało.
- Półżywa Mary za moment polegnie na polu ciszy. – zaśmiał się Jay.
Wyjęłam słuchawki i schowałam je razem z odtwarzaczem do szuflady.
- Czego słuchałaś? – zapytał.
- Raczej kogo. – poprawiłam go.
Pokazał mi język. Dzieciak …
- Słuchałam twojego wycia. Przerwałeś mi medytację nad „End of the beginning”.
- Och, przepraszam bardzo.
- Wspaniałomyślnie ci wybaczam.
- Dzięki, o wielka.
Pokręciłam głową uśmiechając się pod nosem.
- O, tak lepiej Mary. Ładniej ci z uśmiechem.
- Skończ.
- Nie.
Wywróciłam oczami wyłączając monitor komputera.
- Tak sobie pomyślałem, że może jesteś głodna.
- No to źle myślałeś. I wyprzedzając twoje kolejne pytanie, moja odpowiedź brzmi nie.
- ale ty nie musisz się zgadzać. I tak się stąd zabieram.
- Protestuje.
- Możesz sobie protestować ile wlezie.
- Carol urwie mi głowę.
- Twoja ciotka? Ze swoich tajnych źródeł wiem, że do końca dnia będzie poza granicami miasta.
- To i tak nie zmienia faktu, że nigdzie się nie wybieram.
- Nie masz wyjścia. – zaśmiał się Tomo stając obok Jareda.
(…)
- Nie chce ci się lać? – zapytał zdziwiony Tomo.
Spojrzeliśmy po sobie z Jardem i zaczęliśmy się śmiać.
- Mam kaca. Pieprzyć pojemność pęcherza.
- Mary się wczoraj nieźle nawaliła.
- Z tobą?
Jared pokręcił przecząco głową…
- Z Shannonem? – tym razem pytanie było skierowane do mnie.
Młodszy Leto wstał od stołu mamrocząc pod nosem, że idzie zapłacić.
- Tomo?
- Hm?
- Co się stało im obu? – zapytałam ściszonym głosem.
- Pokłócili się. No wiesz, stres, wysiłek. Tak dokładnie nie wiem o co poszło. – odpowiedział grzebiąc widelcem w sałatce.
- Za kilka dni powinno być już normalnie. Oni nie mogą bez siebie żyć. – dodał po chwili.
Uśmiechnęłam się do Jareda, który zajmował swoje miejsce.
- Wziąłeś rachunek?
- Po co?
- Żebym wiedziała ile ci oddać.
- Nie musisz.
- A żebyś wiedział, że muszę, nikt mnie nie będzie sponsorował.
- Oddasz jak będziesz pełnoletnia. – zaśmiał się.
- Ja już jestem pełnoletnia, Leto.
(…)
Wracaliśmy przez park, Tomo szedł kilka kroków za nami, rozmawiał z Vicky przez telefon. Zaczęłam nucić pod nosem.
- Co tam śpiewasz?
- Nic.
- Gadaj!
- Nie!
Jared złapał mnie w pasie i przewiesił sobie przez ramię.
- Puść mnie kretynie! – krzyknęłam uderzając pięściami w jego plecy.
- Nie drżyj się i tak cię nie puszczę.
Spojrzałam na Tomo. Pomachał mi. Odmachałam.
-Poddaje się. – powiedziałam zrezygnowana.
- I tak cię nie puszczę…
- A idź w cholerę, Leto.
- Z tobą wszędzie, gwiazdko. Wygodnie ci?
- Jeszcze jak. – wymamrotałam.
- Pochlebiasz mi.
Roześmiałam się, po chwili Jay zaczął mi wtórować.

sobota, 14 maja 2011

5. No matter how many nights did you lay wide awake to the sound of the poison rain.

Nigdy tak się nie śmiałam podczas pisania rozdziału. Każdy pomysł zrodzony w mojej chorej głowie od dnia kiedy wstawiłam 4 rozdział do teraz został zawarty w tym rozdziale. 
No i w tym miejscu zacznę obiecywaną dedykację. Miało być wyniośle i wspaniale, ale jakoś wyczerpałam wenę pisząc to co zaraz będzie poniżej, więc zaznaczę tylko, że ten rozdział dedykowany jest P. bo zbyt długo mi o tym gadał i mam nadzieję, że go to usatysfakcjonuje.

~~

Cisza. To chyba jedno ze słów, którego definicja jest obca Shannonowi Leto. Mówił o wielu rzeczach. Począwszy od fotografii skończywszy na muzyce. Wszystko wpadało jednym uchem a wypadało drugim. Miałam zamiar trzymać się tego, co postanowiłam, mianowicie nie zamierzam się z nim spoufalać. Moja decyzja na pewno przyniesie obopólną korzyść.
- Na pewno. – wymamrotałam pod nosem.
- Mówiłaś coś? – spojrzał na mnie zza szkieł okularów przeciwsłonecznych.
Pokręciłam przecząco głową próbując się uśmiechnąć. Och, jaka szkoda, że nie wyszło.
- Dobra. O mnie koniec. Twoja kolej. – powiedział z wyraźnym entuzjazmem.
Westchnęłam odgarniając włosy z policzka. Do niego naprawdę nie dochodziło to, że nic mu nie powiem.
- A mogłabym opowiedzieć tobie o tym później?
„Później czytaj nigdy, Leto” dodałam w myślach.
- A długo będę czekał?
- Jeżeli będziesz odpowiadał pytaniem na pytanie, to sądzę, że dość długo. – rzuciłam oschle.
- Spokojnie mała, poczekam. – uśmiechnął się szeroko.
- Mogę zadać ci tylko jedno pytanie? – zapytał po chwili.
- Jeżeli dasz mi spokój to tak.
- Mary, ile ty tak naprawdę masz lat? – przystanął na chwilę przyglądając się mi badawczo.
- Za dwa miesiące kończę dwadzieścia … - powiedziałam wbijając wzrok w chodnik.
- Stara jesteś.
- I kto to mówi. Równie dobrze mógłbyś być moim ojcem. – roześmiałam się zerkając na perkusistę.
- No to powiem ci mała, że każdy ma tyle lat na ile się czuje. A ja wcale taki zdziadziały nie jestem.
Uniosłam brew próbując powstrzymać się od śmiechu.
- Niech będzie, panie wcalenietakistary Leto.
(…)
Shannon odprowadzony do hotelu pożegnał mnie tym swoim bezczelnie szerokim uśmiechem. Boże, kiedyś dałabym się pokroić, żeby tylko zobaczyć go z tak bliska i móc z nim porozmawiać. Ale to było kiedyś. Wtedy jeszcze snułam plany na przyszłość, marzyłam, wiodłam normalne życie. Kiedyś … Westchnęłam naciskając dzwonek przy drzwiach Joselyn. Potrzebowałam rozmowy, rozmowy z kimś bliskim, z kimś, kim była dla mnie właśnie ona. Otworzyła drzwi od razu wciągając mnie do środka. Uśmiechnęłam się pod nosem dając się jej uściskać.
- Jak się czujesz? – zapytałam siadając obok niej na sofie.
- Tak jak powinna czuć się osoba ze złamaną nogą. – zaśmiała się.
Splotłam dłonie przez dłuższy czas wpatrując się w ścianę.
- Mów. – jej głos przerwał ciszę.
- Wszystko. – dodała widząc moja minę.
- Marsi, Shannon, Jared, Tomo, matka, ojciec, Quentin, ciotka. Problemy, kurwa problemy. Z dnia na dzień jest ich coraz więcej. – ukryłam twarz w dłoniach.
- Coś mi się chyba słonko przesłyszało. Czy jednym z twoich problemów są Marsjanie, ci Marsjanie?! Tobie naprawdę coś się w główce popierdoliło.
Zerknęłam na Jose i obie wybuchłyśmy gromkim śmiechem.
- Jeszcze pamiętam jak lałaś po nogach przy każdej możliwej okazji. Ty miałaś na ich punkcie obsesje, a najbardziej świrowałaś na punkcie Shannona. A teraz co? Zapewne po prostu go olewasz, tak? Kretynko, przepuścić taką okazję. Trzymaj mnie, bo ci normalnie pierdolne i się ockniesz.
- To nie takie proste, Josie. Najdziwniejsze jest to, że ni stąd ni zowąd on chce mnie poznać. Zobaczył mnie pierwszy raz dwa dni temu, na koncercie. Później wszyscy trzej zakwaterowali się w hotelu ciotki i się zaczęło. To mnie powoli zaczyna przerażać. Po co mu ta znajomość, skąd u niego taka nagła chęć poznania mojej osoby?
- A może mu się spodobałaś?
- A może chce mnie przelecieć?
- To niewykluczone Mary. No, ale co ci szkodzi. Zaszalej. Po tym wszystkim coś ci się należy.
Oparłam głowę na jej ramieniu. Joselyn w pewnym sensie miała rację. Przecież więcej niż tydzień tu nie zabawią. Westchnęłam przygryzając wargę.
- Josie, masz może jeszcze te wino od ojca?
- Mam nawet trzy butelki. Leć po kieliszki.
Wstałam z sofy kierując się w stronę kuchni.
(…)
- Ty jesteś najebana w trzy dupy. – krzyknął Travis.
- Ciiii. Nie krzycz. – przyłożyłam palec wskazujący do ust.
- I od kiedy ty klniesz Travis, co? – zapytałam próbując stanąć prosto.
- Jak cię szefowa zobaczy to będzie piekło. – wymamrotał pod nosem.
- Aj tam, piekło, zaraz piekło. Nie zauważy, będę grzeczna. – uśmiechnęłam się szeroko.
- Jakiś problem? – zapytał ktoś za moimi plecami.
Odwróciłam się próbując zachować równowagę.
- O pan supergwiazdakurwa Leto. Żadnego problemu nie ma, bo życie jest kurwa piękne. Czaisz, piękne.
Jared roześmiał się przytrzymując mnie za ramię.
- Łapy przy sobie, albo zacznę krzyczeć. – syknęłam.
- Nie krzykniesz.
- No to kurwa patrz.
Nie zdążyłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Dłoń młodszego Leto zasłoniła mi usta.
- Ja się nią zajmę, a ty ją kryj. – oznajmił Travisowi.
Pokręciłam głową na znak protestu. Jared tylko się uśmiechnął. Spojrzałam na Travisa tak, jakby mój wzrok mógłby zabijać. Wzruszył ramionami i zajął swoje miejsce w recepcji. Westchnęłam zrezygnowana. Wsiedliśmy do windy, Leto cofnął dłoń.
- Jakie będziesz miał z tego korzyści? – zapytałam wchodząc do jego apartamentu.
- Czy ja nie mogę, chociaż raz zrobić czegoś z dobrego serca? – wskazał mi wolne łóżko.
- Nie. – krzyknęłam krzyżując ręce na piersi
- Stul wargi laleczko i się połóż. Nie tknę cię.
- Jeszcze spróbuj wcisnąć mi kit, że wolisz chłopców. – usiadłam na brzegu łóżka.
- Idę po wodę dla ciebie. Prześpij się.
Drzwi się zamknęły. Rozejrzałam się po apartamencie. Na fotelach leżały porozwalane ubrania, gitara leżała na podłodze, zgniecione kartki walały się po katach. Ułożyłam głowę na poduszce i przykryłam się kocem. Sen przyszedł szybko zajmując miejsce zmęczenia.
(…)
Otworzyłam oczy i doznałam szoku. Nie dość, że obok mnie spał Jared Leto, który trzeba było przyznać wyglądał pociągająco, to jeszcze był półnagi. Syknęłam z bólu schodząc powoli z łóżka. Ból głowy natychmiastowo przypomniał mi degustację trunków u Joselyn. Podniosłam z podłogi bluzkę i buty, po czym zaczęłam iść w stronę drzwi próbując robić to jak najciszej. W połowie drogi wywaliłam się zahaczając nogą o gitarę Jaya.
- Kurwa.- powiedziałam przez zęby.
Otworzyłam drzwi zakładając koszulkę.
- Mary?
Podniosłam głowę.
„No kurwa, no. Jeszcze jego tu brakowało.” pomyślałam.
Na korytarzu stał nie kto inny tylko zdziwiony, szanowny pan Shannon Leto.
-Mary? – tuż za mną odezwał się zaspany głos Jareda.
Wypuściłam głośno powietrze przykładając dłoń do czoła. Tylko kurwa nie panikuj, nie panikuj.


niedziela, 24 kwietnia 2011

4. Don’t save me (...) because I don’t care.

Jest to pierwszy rozdział, który mi się całkiem podoba. Pisałam go chyba przez niecałe dwa tygodnie, ale dopiero dzisiejsze poprawki były ostateczne. Mam nadzieję, że jest dłuższy od poprzednich ( tak, nie chciało mi się sprawdzać ). Enjoy c:
~~
Siedziałam przy jednym z bufetowych stolików obracając w dłoniach kolorową parasolkę do drinków. Mój towarzysz właśnie kończył posiłek.
- Leto żresz jak świnia. – stwierdziłam napotykając jego wzrok.
- Chociaż nie wyglądam jak pedał, który wpieprza zielone. – uśmiechnął się sztucznie.
- Coś mi się zdaje, że właśnie obraziłeś swojego brata.
- I dobrze ci się zdaje maleńka. Od dłuższego czasu zachowuje się jak wielka gwiazda, pieprzony celebryta. Nie można z nim wytrzymać. Jedynym tematem rozmowy z Jardem jest on sam i jego cholernie wielkie ego.
- Dawno nie dostał kopa od życia. – westchnęłam odkładając parasolkę na stolik.
- I jak go w najbliższym czasie nie dostanie, sam mu go zafunduje. – Shann podniósł się i zaniósł pusty talerz do kuchni.
(…)
Otworzyłam oczy i zerknęłam na elektroniczny zegarek stojący na szafce nocnej. Dochodziła 15:00. Przeciągnęłam się rozglądając się po pokoju. Panował tu bałagan tudzież nazywany artystycznym nieładem. Zeszłam z łóżka i podeszłam do okna rozsuwając zasłony. Fala światła słonecznego rozlała się po pomieszczeniu. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju wymijając stertę ciuchów. Właśnie wchodziłam do kuchni, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Ziewnęłam zerkając przez wizjer. „No chyba żart” pomyślałam naciskając klamkę. Na ganku stał uśmiechnięty szanowny pan Shannona Leto dzierżąc w dłoniach dwa kubki kawy ze Starbucksa.
- Skąd wiedziałeś gdzie mieszkam? Nie moment. No tak, ty wiesz wszystko, a raczej dowiesz się wszystkiego, czego tylko będziesz chciał.
- Wpuścisz mnie czy mam tu tak stać ?
Otworzyłam drzwi szerzej i zeszłam mu z drogi. Wszedł do środka analizując przedpokój.
- Całkiem ładnie tu masz. – powiedział stawiając kubki na kuchennym stole.
- Jeżeli lubisz mieszkać w skansenie, to wcale się nie dziwię, że ci się podoba. Ja na szczęście się do takich osób nie zaliczam.
Oparłam się o futrynę drzwi krzyżując ręce na piersi.
- Tak w ogóle to, po co tu przyszedłeś? – zapytałam.
- Przyjechałem, mała. Chciałem ci się odwdzięczyć… - zdjął okulary i usiadł na krześle.
- Dobra, a teraz podaj prawdziwy powód, bo mnie tak łatwo nie zełgasz.
Usiadłam naprzeciw niego sięgając po kawę. Upiłam kilka łyków gorącego napoju, który okazał się być rozpuszczalną bez cukru z dużą ilością mleka, czyli kawą taką, jaką lubiłam.
- Czekaj, czekaj. Rozmawiałeś z moją ciotką. Tak, tylko ona byłaby zdolna wygadać wszystko i to do tego komuś takiemu jak ty.
- Masz na myśli kogoś tak przystojnego, którego urokowi nie można się oprzeć.
- Ja nic takiego nie powiedziałam, Leto.
- Ale chciałaś. No przecież wiem. – uniósł brew, uśmiech nadal nie znikał z jego twarzy.
Wywróciłam oczami dopijając kawę do końca.
- Dobra, to teraz łaskawie powiedz mi, co wiesz.
- Wszystko, no prawie wszystko. Wiem o twoim ojcu i bracie, o twoich problemach i tak sobie pomyślałem, że chciałabyś z kimś o tym pogadać. – oparł łokcie na stole przyglądając się mi.
- No to źle myślałeś, Shannon. Wiesz, nie szukam pocieszycieli ani przyjaciół. Uporałam się z tym wszystkim sama. Rozumiesz? Sama. Wtedy nikogo nie potrzebowałam, a teraz tym bardziej.
- Mary, ja wiem, że wcale tak nie jest. Na pewno chcesz z kimś o tym pogadać.
- Ty naprawdę nie rozumiesz. Ja cię prawie nie znam, jesteś dla mnie kimś obcym. Nie ważne, że jesteś osobą, którą zawsze podziwiałam i chciałam być kimś takim jak ty.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś mnie poznała.
- A co jeśli ja nie chce? A co jeśli wystarczy mi to, że popatrzę na twoje zdjęcia i plakaty porozwieszane w moim pokoju i twój charakter, sposób bycia będzie taki jak sama go sobie wymyślę? Wiem, że tak będzie łatwiej. Bo co mi da znajomość Shannona Leto, gdy będzie on na drugim krańcu świata i zapomni o mnie poznając kolejną popieprzoną dziewczynę.
- Jesteś dziwna osobą, Mary.
- Wiesz co? Cieszy mnie to. Chociaż jest coś, co odróżnia mnie od innych.
- Chciałbym cię poznać, chciałbym abyś ty poznała mnie, ale nic na siłę mała. – podniósł kubek do ust. – Wydałaś mi się ciekawą osobą, wtedy przed koncertem, kiedy mijałem cię w tylnym wyjściu. – dodał po chwili.
- To byłeś ty? – zapytałam zdziwiona.
- Wiesz, to bardzo dziwne, że mnie nie poznałaś.
- Byłam wtedy zaaferowana zupełnie czymś innym i aż tak bardzo nie interesowało mnie, kto właśnie przechodzi obok.
- Ale spojrzałaś się na mnie.
Pokręciłam głową uśmiechając się pod nosem.
- Masz zamiar tu zostać do wieczora?
- Wyganiasz mnie?
- Sam to powiedziałeś. – uniosłam brew.
- Więc mogę zostać?
- Możesz na mnie poczekać. Ciotka dała mi dzisiaj wolne, a dawka świeżego powietrza powinna dobrze mi zrobić. – wstałam od stołu i wyrzuciłam kubek po kawie.
- Niczego nie ruszaj. – rzuciłam wychodząc z kuchni.
(…)
Zimny prysznic pomógł mi się dobudzić. Wytarłam włosy ręcznikiem i narzuciłam na siebie pierwszą lepszą koszulkę, która wpadła mi w ręce, spodnie w czerwoną kratę i czarne trampki. Wyszłam z łazienki i skierowałam się do swojego pokoju.
- Miałeś siedzieć w kuchni. – powiedziałam widząc Shannona rozwalonego na moim łóżku.
- Mówiłaś tylko, żebym niczego nie ruszał.
- To jest teren prywatny, Leto.
- No wiesz, jest tu zbyt dużo mnie. Stwierdziłem, że nic się nie stanie jak wejdę.
- Jeżeli nacieszyłeś już swoje narcystyczne ego prosiłabym cię abyś opuścił ten pokój.
- Chyba pomyliłaś mnie z moim bratem mała. – uśmiechnął się szeroko.
- Zaraz pomylę twoją głowę z workiem treningowym. Wyjdź.
Zszedł z łóżka i rzucił w moją stronę spojrzenie typu „amożejednakzmieniszzdanie?”.
Pokręciłam przecząco głową.
- Dobra, czekam przed domem. – mruknął wychodząc z pokoju.
Rzuciłam koszulkę służącą mi za piżamę na łóżko i związałam włosy w coś, co przypominało kucyk. Wzięłam klucze leżące na komodzie i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych.

środa, 13 kwietnia 2011

3. Until the truth becomes a lie.

Z góry zaznaczam, że mi się nie podoba. Głupio wyszło, za krótko no ale nic. 
Dedykacja tego rozdziału dla M.
~~
Po długich i żmudnych poszukiwaniach... Kogo ja tu oszukuję. Wystarczyło zajrzeć do szafki Colina, bagażowego, smakosza wszelkich trunków. Miałam nadzieję, że nie zauważy braków w swoim „asortymencie”. Zawinęłam dwa piwa i whisky w ręcznik i powędrowałam do windy.
Uspokajająca muzyka płynąca z głośników zaczynała działać mi na nerwy. Przestępowałam z jednej nogi na drugą śledząc wzorkiem numery mijanych pięter. Po chwili winda stanęła i drzwi otworzyły się automatycznie. Z korytarza dochodziły okrzyki radości i śmiechy. Zrobiłam krok do przodu i zerknęłam w prawo. Starszy Leto i Milicević w najlepsze uganiali się za piłką. „Dzieci” pomyślałam wywracając oczami. W tym samym momencie perkusista kopnął piłkę, która trafiła w trzymane przeze mnie ręczniki. Dźwięk tłuczonego szkła rozniósł się echem po korytarzu.
- Leto do cholery! – wydarłam się.
Przeniosłam wzrok z rozbitej butelki na Tomo znikającego za drzwiami swojego apartamentu, a potem na Shannona.
- Sam to kurwa będziesz sprzątał! – krzyknęłam ciskając w niego ręcznikiem.
- Mała, sory.- Leto podszedł bliżej.
- Nie pierdol, tylko sprzątaj. – usiadłam pod ścianą przyglądając się perkusiście.
Całe szkło, które zebrał wrzucił do doniczki stojącej obok windy. Starł alkohol ręcznikiem i po krótkim namyśle rzucił nim we mnie uśmiechając się przy tym głupkowato.
- Przegiąłeś. – poderwałam się z podłogi z zamiarem wylania na niego zawartości puszki, którą wcześniej otworzyłam.
Leto medium złapał mnie za nadgarstki, kręcąc głową. Na jego twarzy nadal gościł rozbrajający uśmiech.
- Puść mnie. – wysyczałam przez zaciśnięte żeby.
- Nie. – zaśmiał się triumfalnie.
- Boże, co za dziecko. – wymamrotałam pod nosem.
- Co tam mówisz mała?
- Nic, stary.
- Nie jestem stary.
- W takim razie ja mam lat 21, jestem wysoką, zgrabną, rosyjską modelką z przepustą tak szeroką, że mieszczą mi się w niej dwa kciuki.
Roześmiał się.
- Masz bardzo bujną wyobraźnię Mary. A tak w ogóle to ile ty masz lat?
- Przykro mi, ale obcym osobom nie udzielam takich informacji.
Leto uniósł brew robiąc przy tym minę z serii „Cotypieprzysz?”.
- No chyba, że mnie puścisz … - powiedziałam po chwili.
- Będę musiał rozważyć za i przeciw.
- Do cholery, nie mam zamiaru stać tu wieczność.
- To powinien być zaszczyt, Echelonko.
- Pfff.
- No dobra, tak szczerze to jestem zbyt głodny żeby tak tu stać.
Potarłam dłońmi nadgarstki przyglądając się badawczo Shannonowi.
- Macie tu coś zdatnego do jedzenia?
- Krzesła podobno są bardzo pożywne.
- Bardzo śmieszne. A tak serio?
- Bufet od kilku godzin jest zamknięty, ale jesteś tym szczęśliwcem, który rozmawia z osobą posiadającą prywatny klucz do lodówki hotelowej.
- Mam bić pokłony?
- Bez ironii Leto, bo będziesz głodował.
Wsiedliśmy do windy i nacisnęłam guzik z numerem „0”.
  

sobota, 9 kwietnia 2011

2. The secret is out.

Irytujący dźwięk budzika powoli docierał do mojego mózgu. Podniosłam powieki wyłączając dłonią to nieszczęsne urządzenie. Usiadłam na łóżku przecierając zaspane oczy. Moje nikłe chęci do uczynienia czegokolwiek mnie przerażały. Westchnęłam niechętnie zwlekając się z łóżka. Zawiązałam włosy w niedbały kucyk, po czym poszłam do kuchni.
Poprawiłam o wiele za dużą koszulkę zjeżdżającą mi z ramienia zapoznając się z zawartością lodówki. Jedyną atrakcyjną ofertą okazał się sok jabłkowy, którego i tak nie lubiłam. Zamknęłam lodówkę i po krótkim namyśle postanowiłam nic nie jeść.
(…)
Po długiej kąpieli nabrałam jako takiej ochoty do pracy. Z większym już entuzjazmem ubrałam koszulkę Nirvany, czarne rurki i żółte trampki. Włożyłam słuchawki do uszu i wyszłam z domu zatrzaskując za sobą drzwi.
(…)
Od przebywania w takim miejscu odechciewa się żyć. Co chwila przychodzi jakiś spasiony biznesmen życzący sobie najdroższy pokój, do którego zaprasza stadami tanie dziwki. Powoli zbliżał się koniec mojej zmiany. Patrzyłam na zegar mając nadzieję wzrokiem pogonić wskazówki do szybszych obrotów. Wszystko wskazywało na to, że już nikt nie zawita do hotelu, co oznaczało szybszy powrót do domu.
- Szefowa kazała ci sprawdzić, czy mamy wolne apartamenty. –  powiedział Travis opierając się o kontuar.
- Ioczywiścieniemogłasamaotozapytać. – wymamrotałam pod nosem.
W holu rozległy się śmiechy, wtórujące uderzającym o posadzkę walizkom.
- Cześć.
- Dobry wieczór. – odpowiedziałam nie odrywając wzroku od monitora. – Rezerwacja na jakie nazwisko?
- Leto. – rzucił od niechcenia ochrypły głos.
Wmurowało mnie w krzesło, ale zachowałam zimną krew, przecież milion osób na całym świecie może nosić takie nazwisko. Przeniosłam wzrok z ekranu na nowoprzybyłych.
„O cholera” pomyślałam. Wszyscy trzej członkowie 30 seconds to Mars stali przede mną , ŻYWI! Zerknęłam kątem oka na Travisa. Miałam nadzieję, że nie wyglądałam w tym momencie tak jak on, ale wnioskując po minach boskiej trójki wyglądałam o wiele gorzej.
- No i? – pospieszał zniecierpliwiony Jared.
- M o m e n t. – wysyczała przez zęby.
- Daj mu te klucze. – wydukał Travis.
Sięgnęłam po karty, odblokowałam je w czytniku i położyłam przed młodszym Leto.
- Dzięki Maryann … - powiedział z wymuszoną życzliwością.
- Nie kończ! – przerwałam mu.
- Zapomniałaś dodać panie Leto. – Shannon położył dłoń na ramieniu brata puszczając mi oko.
Tomo sięgnął po karty i wszyscy skierowali się do windy.
- Travis, walizki. – napomniałam go.
- O Boże, zapomniałem. – pobiegł za zespołem.
(…)
Koniec. Zrobiłam to co miałam zrobić i nic więcej mnie tu nie trzyma. Wizja zapadnięcia w głęboki sen w ciepłym łóżku poprawiła nieco mój humor. Zawiązałam trampki i wyszłam z pokoju dla pracowników do holu.
- Mary? – zawołała za mną ciotka.
Jakby nigdy nic szłam dalej udając, że nie dosłyszałam.
- Mary, czekaj do cholery! – krzyknęła.
Odwróciłam się na pięcie próbując nie patrzeć jej w oczy.
- Mogłabyś zostać dzisiaj na nocną zmianę? Joselyn złamała nogę, ma zwolnienie na dwa miesiące. Oczywiście doliczę ci to do pensji. – głos ciotki złagodniał, wręcz zmienił się w błagalny ton.
Plany na dzisiejszy wieczór poszły się jebać, super.
- Nie będę się przebierać. – rzuciłam mijając ją.
Usiadłam za kontuarem i załogowałam się w systemie. Trzy nieodebrane połączenia z apartamentów. Wypuściłam głośno powietrze. Podniosłam słuchawkę i wcisnęłam odpowiedni guzik.
- Tak? – przeciągłe ziewnięcie oznaczało jedno, obudziłam pana Leto.
- Zostanę wystawiona na pastwę Fangirls, czy będę miała zakaz wstępu na wasza kolejny koncert?
- Co?!
- Nic, po prostu zorientowałam się, że pana obudziłam, panie Leto.
- Zacznijmy od tego, że „pan Leto” to mój głupi, młodszy brat. Ja jestem Shannon. I co wy do cholery robicie, że nie można się do was dodzwonić?
- Chodujemydzikieświnie. A więc w jakiej sprawie pan dzwonił ?
- Dziewczyno, skończ. Jaki pan? Shannon. Mam ci to przeliterować?
- niestety będę zmuszona pozbawić Shannona tej przyjemności.
- O widzisz, od razu lepiej. A więc chciałem zapytać się czy nie macie tu alkoholu?
- Cukierki czekoladowe z rumem sprostają oczekiwaniom wielkiej gwiazdy?
- A coś dla osób powyżej 12 lat?
- Zobaczę czym dysponujemy.
- Dzięki Mary.
- Ta, nie ma za co. – powiedziałam sama do siebie odkładając słuchawkę.

czwartek, 7 kwietnia 2011

1. It's always the same, it's so insane.

Dopalałam papierosa stojąc w tylnym wyjściu budynku, w którym miał odbyć się koncert. Wewnątrz mnie mieszało się podekscytowanie tym, że po raz kolejny będę miała możliwość usłyszeć Marsów na żywo i przerażenie, spowodowane tłumem obcych ludzi. Odkąd pamiętam mam lęk przed większymi skupiskami ludności.
Zaciągnęłam się dymem i wyrzuciłam to co zostało z papierosa przed siebie. Lekko otumaniona nikotyną wyczekiwałam 20:00. Ciepły wiatr bawił się moimi włosami otulając nimi moją twarz. Skrzyżowałam ręce na piersi opierając się o futrynę drzwi. Gdzieś na końcu uliczki rozległ się warkot silnika. Postać ubrana w jasny kombinezon wjechała na ścigaczu za budynek i zatrzymała się niedaleko mnie. Nieznajomy zdjął kask i zsiadł z maszyny ruszając w moim kierunku. Próbowałam dostrzec jego twarz, bez skutku. Było zbyt ciemno a światło latarni tu nie docierało. Mężczyzna wszedł po schodkach przyglądając się mi z ciekawością. Zrobiłam krok w lewo, aby mógł przejść. Zatrzymał się na moment uśmiechając się do mnie, po czym ruszył przed siebie. Dopiero wtedy udało mi się dostrzec brąz jego tęczówek. Odwróciłam się zerkając na zegarek, za dziesięć minut zaczyna się koncert. Zaczęłam biec a dźwięk podeszew glanów uderzających o podłogę rozniósł się echem po korytarzu.
(...)
Jared wbiegł na scenę, Shannon zajął swoje miejsce obracając w dłoniach pałeczki do perkusji, Tomo pochwycił gitarę i zaczęli koncert od Vox populi. Zamknęła oczy zatracając się w rytmie wybijanym na perkusji, do której później dołączyła gitara i wokal młodszego Leto. Zaczęłam śpiewać, podskakując z tłumem w rytm piosenki. Czułam się tak jak nigdy, każda cząstka mnie była teraz dźwiękiem składającym się w jedną melodię, moją melodię.
(...)
Byłam wycieńczona i szczęśliwa. Ból powoli tracił na sile, uczucie nóg wchodzących w tyłek ustępowało. Marzyłam teraz tylko o zimnym prysznicu i śnie.
Szłam chodnikiem ze słuchawkami w uszach i dłońmi włożonymi w kieszenie spodni, nucąc pod nosem Oblivion. Nie zwracałam uwagi na Fangirls uśmiechające się do mnie szyderczo.
- Echelonie. - zawołał ktoś z tyłu.
Oczywiście odwróciłam się (czego nie uczyniły pseudo fanki z wiadomych powodów) i próbowałam wśród tłumu doszukać się znajomej twarzy. Mój wzrok zatrzymał się na szeroko uśmiechniętym Travisie.
- Witaj koleżanko. - klepnął mnie  w ramię.
- Czołem kolego. - uśmiechnęłam się. - Nocny spacer ?
- Nie do końca. Chciałem się przekonać na własnej skórze, czy Marsi na prawdę grają dobrą muzykę, czy twoje słowa są naciągne.
- I co stwierdziłeś ?
- Ich muzyka nie dosięga do pięt twórczości Chopina lub Beethovena, ale jest całkiem przyjemna dla ucha.
Zaśmiałam się tylko, wiedząc, że moje chęci wejścia w polemikę spalą na panewce. Zatrzymaliśmy się pod moim domem. 
- To co Travis, do jutra.
- Pamiętaj nie spóźnij się.
Wywróciłam oczami zamykając za sobą drzwi. Po całym weekendzie obijania się czeka mnie pięć dni istnego zapieprzania w hotelu ciotki. Żyć nie umierać.



EDIT : Specjalna dedykacja dla Alexandry, która akceptuje mojego fioła na punkcie Marsów, chociaż nie specjalnie lubi ich muzykę. Chopin rlz !