Strony

niedziela, 24 kwietnia 2011

4. Don’t save me (...) because I don’t care.

Jest to pierwszy rozdział, który mi się całkiem podoba. Pisałam go chyba przez niecałe dwa tygodnie, ale dopiero dzisiejsze poprawki były ostateczne. Mam nadzieję, że jest dłuższy od poprzednich ( tak, nie chciało mi się sprawdzać ). Enjoy c:
~~
Siedziałam przy jednym z bufetowych stolików obracając w dłoniach kolorową parasolkę do drinków. Mój towarzysz właśnie kończył posiłek.
- Leto żresz jak świnia. – stwierdziłam napotykając jego wzrok.
- Chociaż nie wyglądam jak pedał, który wpieprza zielone. – uśmiechnął się sztucznie.
- Coś mi się zdaje, że właśnie obraziłeś swojego brata.
- I dobrze ci się zdaje maleńka. Od dłuższego czasu zachowuje się jak wielka gwiazda, pieprzony celebryta. Nie można z nim wytrzymać. Jedynym tematem rozmowy z Jardem jest on sam i jego cholernie wielkie ego.
- Dawno nie dostał kopa od życia. – westchnęłam odkładając parasolkę na stolik.
- I jak go w najbliższym czasie nie dostanie, sam mu go zafunduje. – Shann podniósł się i zaniósł pusty talerz do kuchni.
(…)
Otworzyłam oczy i zerknęłam na elektroniczny zegarek stojący na szafce nocnej. Dochodziła 15:00. Przeciągnęłam się rozglądając się po pokoju. Panował tu bałagan tudzież nazywany artystycznym nieładem. Zeszłam z łóżka i podeszłam do okna rozsuwając zasłony. Fala światła słonecznego rozlała się po pomieszczeniu. Odwróciłam się na pięcie i wyszłam z pokoju wymijając stertę ciuchów. Właśnie wchodziłam do kuchni, gdy ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Ziewnęłam zerkając przez wizjer. „No chyba żart” pomyślałam naciskając klamkę. Na ganku stał uśmiechnięty szanowny pan Shannona Leto dzierżąc w dłoniach dwa kubki kawy ze Starbucksa.
- Skąd wiedziałeś gdzie mieszkam? Nie moment. No tak, ty wiesz wszystko, a raczej dowiesz się wszystkiego, czego tylko będziesz chciał.
- Wpuścisz mnie czy mam tu tak stać ?
Otworzyłam drzwi szerzej i zeszłam mu z drogi. Wszedł do środka analizując przedpokój.
- Całkiem ładnie tu masz. – powiedział stawiając kubki na kuchennym stole.
- Jeżeli lubisz mieszkać w skansenie, to wcale się nie dziwię, że ci się podoba. Ja na szczęście się do takich osób nie zaliczam.
Oparłam się o futrynę drzwi krzyżując ręce na piersi.
- Tak w ogóle to, po co tu przyszedłeś? – zapytałam.
- Przyjechałem, mała. Chciałem ci się odwdzięczyć… - zdjął okulary i usiadł na krześle.
- Dobra, a teraz podaj prawdziwy powód, bo mnie tak łatwo nie zełgasz.
Usiadłam naprzeciw niego sięgając po kawę. Upiłam kilka łyków gorącego napoju, który okazał się być rozpuszczalną bez cukru z dużą ilością mleka, czyli kawą taką, jaką lubiłam.
- Czekaj, czekaj. Rozmawiałeś z moją ciotką. Tak, tylko ona byłaby zdolna wygadać wszystko i to do tego komuś takiemu jak ty.
- Masz na myśli kogoś tak przystojnego, którego urokowi nie można się oprzeć.
- Ja nic takiego nie powiedziałam, Leto.
- Ale chciałaś. No przecież wiem. – uniósł brew, uśmiech nadal nie znikał z jego twarzy.
Wywróciłam oczami dopijając kawę do końca.
- Dobra, to teraz łaskawie powiedz mi, co wiesz.
- Wszystko, no prawie wszystko. Wiem o twoim ojcu i bracie, o twoich problemach i tak sobie pomyślałem, że chciałabyś z kimś o tym pogadać. – oparł łokcie na stole przyglądając się mi.
- No to źle myślałeś, Shannon. Wiesz, nie szukam pocieszycieli ani przyjaciół. Uporałam się z tym wszystkim sama. Rozumiesz? Sama. Wtedy nikogo nie potrzebowałam, a teraz tym bardziej.
- Mary, ja wiem, że wcale tak nie jest. Na pewno chcesz z kimś o tym pogadać.
- Ty naprawdę nie rozumiesz. Ja cię prawie nie znam, jesteś dla mnie kimś obcym. Nie ważne, że jesteś osobą, którą zawsze podziwiałam i chciałam być kimś takim jak ty.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś mnie poznała.
- A co jeśli ja nie chce? A co jeśli wystarczy mi to, że popatrzę na twoje zdjęcia i plakaty porozwieszane w moim pokoju i twój charakter, sposób bycia będzie taki jak sama go sobie wymyślę? Wiem, że tak będzie łatwiej. Bo co mi da znajomość Shannona Leto, gdy będzie on na drugim krańcu świata i zapomni o mnie poznając kolejną popieprzoną dziewczynę.
- Jesteś dziwna osobą, Mary.
- Wiesz co? Cieszy mnie to. Chociaż jest coś, co odróżnia mnie od innych.
- Chciałbym cię poznać, chciałbym abyś ty poznała mnie, ale nic na siłę mała. – podniósł kubek do ust. – Wydałaś mi się ciekawą osobą, wtedy przed koncertem, kiedy mijałem cię w tylnym wyjściu. – dodał po chwili.
- To byłeś ty? – zapytałam zdziwiona.
- Wiesz, to bardzo dziwne, że mnie nie poznałaś.
- Byłam wtedy zaaferowana zupełnie czymś innym i aż tak bardzo nie interesowało mnie, kto właśnie przechodzi obok.
- Ale spojrzałaś się na mnie.
Pokręciłam głową uśmiechając się pod nosem.
- Masz zamiar tu zostać do wieczora?
- Wyganiasz mnie?
- Sam to powiedziałeś. – uniosłam brew.
- Więc mogę zostać?
- Możesz na mnie poczekać. Ciotka dała mi dzisiaj wolne, a dawka świeżego powietrza powinna dobrze mi zrobić. – wstałam od stołu i wyrzuciłam kubek po kawie.
- Niczego nie ruszaj. – rzuciłam wychodząc z kuchni.
(…)
Zimny prysznic pomógł mi się dobudzić. Wytarłam włosy ręcznikiem i narzuciłam na siebie pierwszą lepszą koszulkę, która wpadła mi w ręce, spodnie w czerwoną kratę i czarne trampki. Wyszłam z łazienki i skierowałam się do swojego pokoju.
- Miałeś siedzieć w kuchni. – powiedziałam widząc Shannona rozwalonego na moim łóżku.
- Mówiłaś tylko, żebym niczego nie ruszał.
- To jest teren prywatny, Leto.
- No wiesz, jest tu zbyt dużo mnie. Stwierdziłem, że nic się nie stanie jak wejdę.
- Jeżeli nacieszyłeś już swoje narcystyczne ego prosiłabym cię abyś opuścił ten pokój.
- Chyba pomyliłaś mnie z moim bratem mała. – uśmiechnął się szeroko.
- Zaraz pomylę twoją głowę z workiem treningowym. Wyjdź.
Zszedł z łóżka i rzucił w moją stronę spojrzenie typu „amożejednakzmieniszzdanie?”.
Pokręciłam przecząco głową.
- Dobra, czekam przed domem. – mruknął wychodząc z pokoju.
Rzuciłam koszulkę służącą mi za piżamę na łóżko i związałam włosy w coś, co przypominało kucyk. Wzięłam klucze leżące na komodzie i skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych.

środa, 13 kwietnia 2011

3. Until the truth becomes a lie.

Z góry zaznaczam, że mi się nie podoba. Głupio wyszło, za krótko no ale nic. 
Dedykacja tego rozdziału dla M.
~~
Po długich i żmudnych poszukiwaniach... Kogo ja tu oszukuję. Wystarczyło zajrzeć do szafki Colina, bagażowego, smakosza wszelkich trunków. Miałam nadzieję, że nie zauważy braków w swoim „asortymencie”. Zawinęłam dwa piwa i whisky w ręcznik i powędrowałam do windy.
Uspokajająca muzyka płynąca z głośników zaczynała działać mi na nerwy. Przestępowałam z jednej nogi na drugą śledząc wzorkiem numery mijanych pięter. Po chwili winda stanęła i drzwi otworzyły się automatycznie. Z korytarza dochodziły okrzyki radości i śmiechy. Zrobiłam krok do przodu i zerknęłam w prawo. Starszy Leto i Milicević w najlepsze uganiali się za piłką. „Dzieci” pomyślałam wywracając oczami. W tym samym momencie perkusista kopnął piłkę, która trafiła w trzymane przeze mnie ręczniki. Dźwięk tłuczonego szkła rozniósł się echem po korytarzu.
- Leto do cholery! – wydarłam się.
Przeniosłam wzrok z rozbitej butelki na Tomo znikającego za drzwiami swojego apartamentu, a potem na Shannona.
- Sam to kurwa będziesz sprzątał! – krzyknęłam ciskając w niego ręcznikiem.
- Mała, sory.- Leto podszedł bliżej.
- Nie pierdol, tylko sprzątaj. – usiadłam pod ścianą przyglądając się perkusiście.
Całe szkło, które zebrał wrzucił do doniczki stojącej obok windy. Starł alkohol ręcznikiem i po krótkim namyśle rzucił nim we mnie uśmiechając się przy tym głupkowato.
- Przegiąłeś. – poderwałam się z podłogi z zamiarem wylania na niego zawartości puszki, którą wcześniej otworzyłam.
Leto medium złapał mnie za nadgarstki, kręcąc głową. Na jego twarzy nadal gościł rozbrajający uśmiech.
- Puść mnie. – wysyczałam przez zaciśnięte żeby.
- Nie. – zaśmiał się triumfalnie.
- Boże, co za dziecko. – wymamrotałam pod nosem.
- Co tam mówisz mała?
- Nic, stary.
- Nie jestem stary.
- W takim razie ja mam lat 21, jestem wysoką, zgrabną, rosyjską modelką z przepustą tak szeroką, że mieszczą mi się w niej dwa kciuki.
Roześmiał się.
- Masz bardzo bujną wyobraźnię Mary. A tak w ogóle to ile ty masz lat?
- Przykro mi, ale obcym osobom nie udzielam takich informacji.
Leto uniósł brew robiąc przy tym minę z serii „Cotypieprzysz?”.
- No chyba, że mnie puścisz … - powiedziałam po chwili.
- Będę musiał rozważyć za i przeciw.
- Do cholery, nie mam zamiaru stać tu wieczność.
- To powinien być zaszczyt, Echelonko.
- Pfff.
- No dobra, tak szczerze to jestem zbyt głodny żeby tak tu stać.
Potarłam dłońmi nadgarstki przyglądając się badawczo Shannonowi.
- Macie tu coś zdatnego do jedzenia?
- Krzesła podobno są bardzo pożywne.
- Bardzo śmieszne. A tak serio?
- Bufet od kilku godzin jest zamknięty, ale jesteś tym szczęśliwcem, który rozmawia z osobą posiadającą prywatny klucz do lodówki hotelowej.
- Mam bić pokłony?
- Bez ironii Leto, bo będziesz głodował.
Wsiedliśmy do windy i nacisnęłam guzik z numerem „0”.
  

sobota, 9 kwietnia 2011

2. The secret is out.

Irytujący dźwięk budzika powoli docierał do mojego mózgu. Podniosłam powieki wyłączając dłonią to nieszczęsne urządzenie. Usiadłam na łóżku przecierając zaspane oczy. Moje nikłe chęci do uczynienia czegokolwiek mnie przerażały. Westchnęłam niechętnie zwlekając się z łóżka. Zawiązałam włosy w niedbały kucyk, po czym poszłam do kuchni.
Poprawiłam o wiele za dużą koszulkę zjeżdżającą mi z ramienia zapoznając się z zawartością lodówki. Jedyną atrakcyjną ofertą okazał się sok jabłkowy, którego i tak nie lubiłam. Zamknęłam lodówkę i po krótkim namyśle postanowiłam nic nie jeść.
(…)
Po długiej kąpieli nabrałam jako takiej ochoty do pracy. Z większym już entuzjazmem ubrałam koszulkę Nirvany, czarne rurki i żółte trampki. Włożyłam słuchawki do uszu i wyszłam z domu zatrzaskując za sobą drzwi.
(…)
Od przebywania w takim miejscu odechciewa się żyć. Co chwila przychodzi jakiś spasiony biznesmen życzący sobie najdroższy pokój, do którego zaprasza stadami tanie dziwki. Powoli zbliżał się koniec mojej zmiany. Patrzyłam na zegar mając nadzieję wzrokiem pogonić wskazówki do szybszych obrotów. Wszystko wskazywało na to, że już nikt nie zawita do hotelu, co oznaczało szybszy powrót do domu.
- Szefowa kazała ci sprawdzić, czy mamy wolne apartamenty. –  powiedział Travis opierając się o kontuar.
- Ioczywiścieniemogłasamaotozapytać. – wymamrotałam pod nosem.
W holu rozległy się śmiechy, wtórujące uderzającym o posadzkę walizkom.
- Cześć.
- Dobry wieczór. – odpowiedziałam nie odrywając wzroku od monitora. – Rezerwacja na jakie nazwisko?
- Leto. – rzucił od niechcenia ochrypły głos.
Wmurowało mnie w krzesło, ale zachowałam zimną krew, przecież milion osób na całym świecie może nosić takie nazwisko. Przeniosłam wzrok z ekranu na nowoprzybyłych.
„O cholera” pomyślałam. Wszyscy trzej członkowie 30 seconds to Mars stali przede mną , ŻYWI! Zerknęłam kątem oka na Travisa. Miałam nadzieję, że nie wyglądałam w tym momencie tak jak on, ale wnioskując po minach boskiej trójki wyglądałam o wiele gorzej.
- No i? – pospieszał zniecierpliwiony Jared.
- M o m e n t. – wysyczała przez zęby.
- Daj mu te klucze. – wydukał Travis.
Sięgnęłam po karty, odblokowałam je w czytniku i położyłam przed młodszym Leto.
- Dzięki Maryann … - powiedział z wymuszoną życzliwością.
- Nie kończ! – przerwałam mu.
- Zapomniałaś dodać panie Leto. – Shannon położył dłoń na ramieniu brata puszczając mi oko.
Tomo sięgnął po karty i wszyscy skierowali się do windy.
- Travis, walizki. – napomniałam go.
- O Boże, zapomniałem. – pobiegł za zespołem.
(…)
Koniec. Zrobiłam to co miałam zrobić i nic więcej mnie tu nie trzyma. Wizja zapadnięcia w głęboki sen w ciepłym łóżku poprawiła nieco mój humor. Zawiązałam trampki i wyszłam z pokoju dla pracowników do holu.
- Mary? – zawołała za mną ciotka.
Jakby nigdy nic szłam dalej udając, że nie dosłyszałam.
- Mary, czekaj do cholery! – krzyknęła.
Odwróciłam się na pięcie próbując nie patrzeć jej w oczy.
- Mogłabyś zostać dzisiaj na nocną zmianę? Joselyn złamała nogę, ma zwolnienie na dwa miesiące. Oczywiście doliczę ci to do pensji. – głos ciotki złagodniał, wręcz zmienił się w błagalny ton.
Plany na dzisiejszy wieczór poszły się jebać, super.
- Nie będę się przebierać. – rzuciłam mijając ją.
Usiadłam za kontuarem i załogowałam się w systemie. Trzy nieodebrane połączenia z apartamentów. Wypuściłam głośno powietrze. Podniosłam słuchawkę i wcisnęłam odpowiedni guzik.
- Tak? – przeciągłe ziewnięcie oznaczało jedno, obudziłam pana Leto.
- Zostanę wystawiona na pastwę Fangirls, czy będę miała zakaz wstępu na wasza kolejny koncert?
- Co?!
- Nic, po prostu zorientowałam się, że pana obudziłam, panie Leto.
- Zacznijmy od tego, że „pan Leto” to mój głupi, młodszy brat. Ja jestem Shannon. I co wy do cholery robicie, że nie można się do was dodzwonić?
- Chodujemydzikieświnie. A więc w jakiej sprawie pan dzwonił ?
- Dziewczyno, skończ. Jaki pan? Shannon. Mam ci to przeliterować?
- niestety będę zmuszona pozbawić Shannona tej przyjemności.
- O widzisz, od razu lepiej. A więc chciałem zapytać się czy nie macie tu alkoholu?
- Cukierki czekoladowe z rumem sprostają oczekiwaniom wielkiej gwiazdy?
- A coś dla osób powyżej 12 lat?
- Zobaczę czym dysponujemy.
- Dzięki Mary.
- Ta, nie ma za co. – powiedziałam sama do siebie odkładając słuchawkę.

czwartek, 7 kwietnia 2011

1. It's always the same, it's so insane.

Dopalałam papierosa stojąc w tylnym wyjściu budynku, w którym miał odbyć się koncert. Wewnątrz mnie mieszało się podekscytowanie tym, że po raz kolejny będę miała możliwość usłyszeć Marsów na żywo i przerażenie, spowodowane tłumem obcych ludzi. Odkąd pamiętam mam lęk przed większymi skupiskami ludności.
Zaciągnęłam się dymem i wyrzuciłam to co zostało z papierosa przed siebie. Lekko otumaniona nikotyną wyczekiwałam 20:00. Ciepły wiatr bawił się moimi włosami otulając nimi moją twarz. Skrzyżowałam ręce na piersi opierając się o futrynę drzwi. Gdzieś na końcu uliczki rozległ się warkot silnika. Postać ubrana w jasny kombinezon wjechała na ścigaczu za budynek i zatrzymała się niedaleko mnie. Nieznajomy zdjął kask i zsiadł z maszyny ruszając w moim kierunku. Próbowałam dostrzec jego twarz, bez skutku. Było zbyt ciemno a światło latarni tu nie docierało. Mężczyzna wszedł po schodkach przyglądając się mi z ciekawością. Zrobiłam krok w lewo, aby mógł przejść. Zatrzymał się na moment uśmiechając się do mnie, po czym ruszył przed siebie. Dopiero wtedy udało mi się dostrzec brąz jego tęczówek. Odwróciłam się zerkając na zegarek, za dziesięć minut zaczyna się koncert. Zaczęłam biec a dźwięk podeszew glanów uderzających o podłogę rozniósł się echem po korytarzu.
(...)
Jared wbiegł na scenę, Shannon zajął swoje miejsce obracając w dłoniach pałeczki do perkusji, Tomo pochwycił gitarę i zaczęli koncert od Vox populi. Zamknęła oczy zatracając się w rytmie wybijanym na perkusji, do której później dołączyła gitara i wokal młodszego Leto. Zaczęłam śpiewać, podskakując z tłumem w rytm piosenki. Czułam się tak jak nigdy, każda cząstka mnie była teraz dźwiękiem składającym się w jedną melodię, moją melodię.
(...)
Byłam wycieńczona i szczęśliwa. Ból powoli tracił na sile, uczucie nóg wchodzących w tyłek ustępowało. Marzyłam teraz tylko o zimnym prysznicu i śnie.
Szłam chodnikiem ze słuchawkami w uszach i dłońmi włożonymi w kieszenie spodni, nucąc pod nosem Oblivion. Nie zwracałam uwagi na Fangirls uśmiechające się do mnie szyderczo.
- Echelonie. - zawołał ktoś z tyłu.
Oczywiście odwróciłam się (czego nie uczyniły pseudo fanki z wiadomych powodów) i próbowałam wśród tłumu doszukać się znajomej twarzy. Mój wzrok zatrzymał się na szeroko uśmiechniętym Travisie.
- Witaj koleżanko. - klepnął mnie  w ramię.
- Czołem kolego. - uśmiechnęłam się. - Nocny spacer ?
- Nie do końca. Chciałem się przekonać na własnej skórze, czy Marsi na prawdę grają dobrą muzykę, czy twoje słowa są naciągne.
- I co stwierdziłeś ?
- Ich muzyka nie dosięga do pięt twórczości Chopina lub Beethovena, ale jest całkiem przyjemna dla ucha.
Zaśmiałam się tylko, wiedząc, że moje chęci wejścia w polemikę spalą na panewce. Zatrzymaliśmy się pod moim domem. 
- To co Travis, do jutra.
- Pamiętaj nie spóźnij się.
Wywróciłam oczami zamykając za sobą drzwi. Po całym weekendzie obijania się czeka mnie pięć dni istnego zapieprzania w hotelu ciotki. Żyć nie umierać.



EDIT : Specjalna dedykacja dla Alexandry, która akceptuje mojego fioła na punkcie Marsów, chociaż nie specjalnie lubi ich muzykę. Chopin rlz !