Strony

poniedziałek, 16 stycznia 2012

7. Crash, crash, burn...

Cześć wszystkim. Ha, wróciłam, choć sama w to nie wierzę... Coś mnie tak tknęło żeby tu zajrzeć, brakowało mi tej ekscytacji podczas pisania. Jestem, piszę i dociągnę to do końca.
A teraz przejdę do dedykacji. Są dwie i tak na prawdę dzięki nim wyszło to co wyszło, a chyba wyszło dobrze. Wszystkie pikantne informacje, po których będę miała cudowne sny i odruchy wymiotne podczas oglądania Hurricane, zawdzięczam właśnie tym dziewczętom. Tak więc, żeby nie przedłużać, dedykuję ten rozdział Mars i Olss. "fakin bos. lajk a hugo bos".

~

Kocham leżeć w łóżku do południa, jeść śniadanie na obiad i wylegiwać się do późnego wieczora w piżamie przed telewizorem, oglądając powtórki "How I met your mother". Nie cierpię wręcz, gdy ktoś w takich leniuchowaniu mi przeszkadza... Ktoś dobre dziesięć minut dobijał się do drzwi wejściowych, zrezygnował częstując doniczkę stojącą na ganku kopniakiem i kilkoma przekleństwami, po czym powtórzył wszystko stojąc pod kuchennymi drzwiami. Zwlekłam się z fotela bluzgając pod nosem. Otworzyłam kuchenne drzwi wypuszczając głośno powietrze. Jared z miną winowajcy trzymał w dłoniach stłuczoną doniczkę z draceną matki. Tak na marginesie- czy tego chwasta nie powinno się trzymać w domu? Nie ważne. Wracając do Jareda... Wszedł do środka patrząc na mnie uważnie. Och, teraz zapewne spodziewa się wybuchu złości, aktów agresji, przemocy fizycznej. Uśmiechnęłam się do siebie w myślach.
- Bądź tak miły i zostaw to wszystko na dworzu i umyj ręce.- powiedziałam z trudem powstrzymując się od śmiechu.
- I to wszystko?- zapytał zdziwiony wycierając dłonie w spodnie.
- LETO! Debilu, masz białe spodnie.- krzyknęłam.
- No i co z tego?- wzruszył ramionami.
- Ha, no tak. Ty nie pierzesz ciuchów, jak je ubrudzisz po prostu wywalasz je do kosza i zakładasz następne.
- Nie zawsze. Akurat te spodnie to tylko jedna z dwudziestu, czyli jedna para na każdy dzień pobytu tutaj, nie chciało mi się pakować więcej.- powiedział włączając do tego bogatą gestykulację.
- Aha.- pokiwałam głową z poważną miną.
- Zamierzasz uraczyć mnie kilkoma zdaniami wyjaśniającymi twoje przybycie w moje skromne progi? I jeśli masz taki sam powód co twój szanowny braciszek będę zmuszona pokazać ci drzwi.
- Chciałem pogadać.- włożył dłonie do kieszeni spodni.
Swoją drogą spodnie młodszego Leto zostały chyba kupione w dziale z damskimi ubraniami...
- W takim razie cześć, miło że wpadłeś.- zaśmiałam się.
- Zaczynasz mnie denerwować mała.
Zatrzepotałam rzęsami po czym wywróciłam oczami. Usiadłam przy kuchennym stole opierając łokcie na jego blacie.
- W takim razie słucham panie Leto, co ma pan mi do powiedzenia?
- Shannon wymeldował się z hotelu i właśnie dwie godziny temu wyleciał do Australii.
Wybuchnęłam śmiechem ukrywając twarz w dłoniach.
- Dlaczego takie stare dziady zachowują się jak dzieci.- powiedziałam bardziej do siebie.
- No nic. Mógłbyś mi wytłumaczyć co niby ja mam z tym wspólnego?
Leto położył na stole kartkę i przesunął ją w moja stronę. Przewertowałam wzrokiem koślawe literki kilka razy po czym ponownie zaczęłam się śmiać.
- I to niby moja wina? Błagam. Czy ona ma w głowie śliwkę zamiast mózgu? To jest dorosły facet i przejmuje się taką małolatą jak ja... to chore!
- On ostatnio dziwnie się zachowywał, a gadał, że mi odpierdala.
- Co chcesz teraz zrobić?- zapytałam zgniatając kartkę.
- A co mogę zrobić. Polecę do niego, kupiłem bilety na wieczorny lot.
- Czyli Tomo z tobą leci?
- No właśnie nie...
- Chyba cię popierdoliło.- poderwałam się z krzesła.
- Nie ma mowy! Nie dość, że matka mnie zabije jak się dowie, że ot tak poleciałam na inny kontynent to jeszcze mam lecieć z tobą, do niego! Nie, nie, nie. Nie ma mowy!
(...)
Ja pierdole. Co ja tu robię. Powinnam właśnie grzać się pod kołdrą we własnym łóżku. A stoje na tym pieprzonym lotnisku i do tego w jakim towarzystwie. Przyłożyłam dłoń do czoła próbując się uspokoić.
- Licz do dziesięciu.- wymamrotał Jared.
- Pieprz się.- syknęłam.
(...)

5 komentarzy:

  1. OSOOOOOOM.
    PJUR OSOOOOOM.
    DYS IS DE BEST FAKING MARS-STORY IN DE ŁEB.

    OdpowiedzUsuń
  2. On nawet śliwki nie ma! :P
    Tylko przestrzeń, taką samą jak ja, Mars i Ty! kurna nie mogę. tak, jak Mars: PJUR OSOM
    Kurna DE BEST! DEEE BEST! Ju mejd ałer (Olss + Mars) najt! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. ASHAHAHA, UWIELBIAM CIĘ *_*
    WRESZCIE CI SIĘ ZACHCIAŁO PISAĆ <3333
    NO I JAK WIDAĆ, FORMĘ NADAL TRZYMASZ, OBY TAK DALEJ. *_*

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham to opowiadanie, czekam na następne część <'33

    OdpowiedzUsuń
  5. Piszesz zajebiście. Uwielbiam to czytać. Aczkolwiek szkoda, że rozdziały takie króciutkie. Całość przeczytałam w dziesięć minut :(
    Pisz dalej :)
    I zapraszam do siebie.

    OdpowiedzUsuń